Maszyna

Maszyna

Wszystkie dzieła w tej kolekcji
Przeglądaj
Opis


MASZYNA

TOMASZ SWOBODA


Jedno z najwcześniejszych wspomnień — tych, które spowija mrok osobistej historii i które nie sposób odróżnić od snu. Wyciągnięta wśród innych książek Księga, do której może nawet nigdy się nie zajrzało, gdyż zbyt wiele obiecywała samą okładką. Kolorowy rysunek człekopodobnej hybrydy, z ludzką głową i industrialną maszynerią zamiast ciała. Twarz wesoła, nastoletnia, jak z komiksu; tułów jeszcze bardziej odrealniony, niepodobny do Industriepalast Fritza Kahna, który, choć wcześniejszy, pojawi się dużo, dużo później.

Książka najprawdopodobniej nosiła tytuł Człowiek-maszyna. Również dużo później świadomość, że mogło nie chodzić o popularne wydanie rozprawy La Mettrie’ego, ale raczej o przeznaczoną dla młodzieży, popularnonaukową opowieść o ludzkim ciele. To wszystko da się dziś sprawdzić. Dla empirycznego rozumu oświecenia maszyna nie była metaforą. Plansze Encyklopedii Diderota i d’Alemberta otaczają maszynę fetyszystycznym kultem. Ilustracje ukazujące najdrobniejsze elementy ogólnoświatowej maszynerii postępu — ogólnoświatowej, bo chętnie eksportowanej na tereny zaludnione nieludzkimi dzikusami, których natura jest tyleż zwierzęca, co właśnie maszynowa i machinalna, a nosy zbyt płaskie, by ich żałować — otóż ilustracje te niczego nie objaśniają. Pokazują i nazywają, a z maszyny i jej obrazu czynią ni mniej, ni więcej, jak tylko nazwę własną, od której zaczyna się każda opowieść. W tym wypadku opowieścią jest utopijna historia o zaludnieniu świata przez maszyny. Ta utopia to wyznanie wiary w emancypacyjną moc rozumu. O drugiej, ciemnej — alienacyjnej — stronie tej mocy opowie dopiero Dialektyka oświecenia wraz z poprzedzającymi ją wydarzeniami.

W tamtym czasie, u zarania nowoczesności, człowiek nie potrafi jeszcze zmienić się w maszynę, a z maszyny uczynić człowieka. Tak chętnie czytane bajeczki o mechanicznych homunkulusach i wykorzystywane przez malarzy manekiny to właściwie wszystko, co nam zostało po ówczesnych pragnieniach. XX wiek z lubością wraca do tamtych rojeń, próbując przekuć je w demiurgiczne traktaty i wielkie szyby, w których odbijają się współczesne już niepokoje. Tyle że marioneta — nawet Übermarionette — to nie maszyna, tylko metafora. W nieuchronnie antropocentrycznym odruchu człowiek nowoczesności — artysta — opowiada o maszynie, żeby opowiedzieć o sobie samym. Wpatrzony w siebie, sięga po atrakcyjną — zwłaszcza wizualnie — metaforę, która ma jednak swoje ograniczenia. Pozwala powiedzieć o świecie i o człowieku tylko to, co już wiemy.

W sumie nic w tym złego. Ale jest też inna wersja tej opowieści. Ta, w której maszyna nie jest człowiekiem, lecz — o dziwo — maszyną. Budzi fascynację nie dlatego, że jest podobna do człowieka, a człowiek do niej, lecz właśnie dlatego, że jest inna. Albo po prostu dlatego, że jest. Rzecz jasna, to wciąż człowiek na nią patrzy. Bywa, że się z nią mierzy. Wówczas musi jednak się przed nią ukorzyć. Gdzież mu do jej doskonałości, niezawodności, precyzji. Pociesza się wtedy, że to przecież on ją stworzył, oczywiście na swój obraz i podobieństwo. Skądinąd słusznie zauważa, że w odróżnieniu od niej ma poczucie humoru. Te żałosne próby obrony z góry skazane są na niepowodzenie i tylko uwydatniają nędzę ludzkiej kondycji w zestawieniu z maestrią materii nieożywionej.

W Ewach jutra i innych ex-machinach można widzieć tylko zmagania męskiego rzekomo rozumu z kobiecą cielesnością; modernistyczny — ale zdecydowanie nienowoczesny — konflikt płci podszyty męskim strachem wobec głowy Meduzy. Ale można też spojrzeć odwrotnie: to nie kobieta jest maszyną, ale maszyna — kobietą; istotą, z której mężczyzna-wynalazca i mężczyzna-robotnik chciał za wszelką cenę uczynić Innego, kogoś na kształt dobrego — choć niekoniecznie — dzikusa, którego znamy już z XVIII-wiecznych podróży, niedoskonały, ale ostatecznie całkiem przydatny mechanizm, o ile tylko pozostaje posłuszny i bezrefleksyjny. Mroczna fantazja o buncie maszyn do dziś jest jedną z ulubionych chłopięcych wersji apokalipsy.

Stąd osobliwa postać, jaką fascynacja maszyną przyjmuje w nowoczesności. Podległa mechanizmowi pociągu i odrazy, czyni z maszyny paradoksalną, bo codzienną formę sacrum. Nie sposób znaleźć maszynę, której nie obejmowałyby ludzkie zakazy. Przed maszynami się ostrzega i przestrzega. Każe się na nie uważać i baczyć. Dostępu do nich zabrania dzieciom i starcom. Wszystko rzekomo w trosce o nasze życie i zdrowie. Ale nikt nas nie nabierze. Dobrze wiemy, że chodzi o coś zupełnie innego. Kontakt z maszyną nigdy nie jest niewinny. I choć zakazano też o tym mówić, przez co nie dysponujemy odpowiednim zestawem słów i pojęć, mamy do tego inne środki — wizualne i dźwiękowe.

Wyparcie nigdy nie jest przecież całkowite i nieodwracalne. Spektakularne powroty stłumionych treści to jeden z wyznaczników osobliwego rytmu nowoczesności. Również maszyna ma w nich swój udział. Być może apogeum tego udziału przypadło na lata 20. minionego stulecia. To moment, w którym zarzucone, przemilczane, skrywane za zasłoną naukowego postępu, a związane z maszyną pragnienia i lęki wyszły na światło dzienne, tworząc swoistą fenomenologię maszyny, która jeszcze przez długie dekady stanowić będzie punkt odniesienia dla powiązanych z nią działań artystycznych i humanistycznej czy też posthumanistycznej refleksji. W ich świetle wyciągnięta z zielonej meblościanki — z mroku dziejów — koncepcja człowieka-maszyny musi wydać się anachroniczna. Chyba że spojrzymy na nią od drugiej strony, od strony maszyny, to ją czyniąc podmiotem i narratorem opowieści, w której to człowiek stanie się metaforą. Dzisiaj to już chyba nic trudnego.